czwartek, 8 września 2011

Mord

Winisz siebie za jej śmierć, prawda? Spuszczasz oczy, więc pewnie mam rację. Cóż to za życie ze świadomością, że przyczyniło się do zgonu tak bliskiej sobie osoby? Nie, nie namawiam cię do samobójstwa, skądże znowu! Proszę cię, debila ze mnie nie rób. Widzę jak ta sprawa staje się dla ciebie wewnętrznym pasożytem, który zżera ci mózg, a następnie uderzy w soczyste serce. Ale wiesz co? Zbliż się. Nie chcę tego mówić głośno. O tak, jeszcze bliżej. No przystaw uszko do moich warg. Jak to zrobiłaś? Najpierw rozprułaś jej brzuch, czy może pierwszą wykonaną przez ciebie... Nie odsuwaj się! Chcesz żebym krzyczał? Chcesz żebym do kurwy nędzy krzyczał w środku parku na ciebie?! Twoje ciało powoli zaczyna gnić, oczy straciły blask. Cuchniesz! Cuchniesz śmiercią i rozkładającym się ciałem. Masz trędowatą duszę wiesz? Teraz powoli, taaak powolutku będą odpadać jej rączki, nóżki, główka... prawie jak Marcie nie? Przypomnij sobie i narysuj mi jak wyglądała tuż po morderczym akcie. Weź ode mnie tę kartkę oraz ołówek i zwyczajnie to zrób. Przecież wiem, że umiesz rysować. O tak, pięknie ci idzie. Nawet krew narysowałaś.. Jaka zdolna dziewczynka! A teraz powtórz mi jeszcze raz, ale tak żebym słyszał, jak do tego doszło. Nie! Nie! Nie! Powiedziałem powtórz, a nie kłam. Nie wiesz, że za takie występki idzie się do więzienia? Przecież cię nie wydam. Gdybym był tobą to ruszyłbym ten obsrany na rzadko zad w stronę posterunku policji i zastanawiał się czy w ogóle egzystencja ze świadomością zabicia "przyjaciółki" jest możliwa. Co tam szepczesz? Czyżbym usłyszał słowo "nie"? Ale co nie? Że ja nie, czy że ty nie? A może ona nie? Jak to kurwa nie? Uderz mnie śmiało, nie umknęły mej uwadze twe zaciśnięte pięści. Schudłaś prawda? Masz stany depresyjne? Och, jakże mi przykro. Marzy mi się widzieć ciebie, brudna suko, wiszącą na gałęzi drzewa w parku. To takie spokojne miejsce. Babcia przed śmiercią mówiła mi, że dobrze jest odejść w spokoju. Nie chcesz spróbować? Jaka szkoda. A złapiesz mnie za rękę? Pójdziemy w takie jedno miejsce.. Chcę ci pokazać coś. Pytasz co? Ach tak, zapomniałem przecież powiedzieć jaki jest ostateczny cel naszej podróży.. Wiesz.. Cmentarz. Tam jest taki jeden, malutki grób. Leży w nim 14. letnia dziewczynka. Wiesz kim była dopóki jej nie skrzywdziłaś? Moją siostrą..

piątek, 29 kwietnia 2011

Kołysanka uciekającego

Zabrałem swe ciało biegnąc w stronę horyzontu
Uciekam daleko od miejskiego motłochu
Mówili mi walcz, bałem się jak nigdy
Że zatracę znów siebie, że stanę się nikim
Widziałem niebo, piekła także doświadczałem
Lecz żyć własnym życiem, oto czego chciałem

Drgaj struno jak głos biegnącego
Zabierz mnie stąd i powiedz, że nastąpi
lepsze jutro
Powiedz jak uciekać, gdy braknie tchu
Piosenko moja utul mnie do snu

Stałem się więźniem własnego umysłu
Ciągle w drodze nie znając własnego domu
Uciekam przed tobą i sobą samym też
Widzę jak faluje w biegu moja pierś
Zdarłem podeszwy, krwawią me nogi
Nie mogę odnaleźć swojej własnej drogi

Drgaj struno jak głos biegnącego
Zabierz mnie stąd i powiedz, że nastąpi
lepsze jutro
Powiedz jak uciekać, gdy braknie tchu
Piosenko moja utul mnie do snu

Niech ciepłe powietrze
Zabierze mnie gdzie horyzontu kres

środa, 13 kwietnia 2011

Wędrówka

Na wstępie pragnę przeprosić za to, że piszę nieregularnie i zarazem podziękować za odwiedziny stałym bywalcom. Tekst.. Dawno nie pisałem takich rzeczy więc proszę o zrozumienie


1. Ślady twoje śnieg zasypał
Próżno szukać we łbie moim pustka
Spójrz za siebie tam mnie odnajdziesz.
O nic nie pytaj chodź zabłądzimy razem.
Złap mnie za rękę, wędrujmy przez pola
Bóg zapowiedział, że taka Jego wola.
Spójrz raz jeszcze, wędrówką jest słońce
Nie możemy się zatrzymać, wtedy przyjdą noce

ref. Uschniemy bez tego, jak samotne rośliny
Co nie mają dostępu do wody
A gdy razem powędrujmy spójrz,
Już nie dławimy się tym zatrutym powietrzem x2

2. Gram to zimą, ty usłyszysz to latem
Nie zawędrowałeś daleko tak, jak ja ze swym bratem
Nazwałem go echem, bo każdy dźwięk w nim tonie,
Rozbrzmiewa na nowo i jest nas już dwoje
Nauczył mnie jak grać, sam zechciał śpiewać
Ujrzysz nas obu w kawałku nieba,
Gdzie gramy za dnia a przestajemy nocą
Tylko po to, aby gwiazdy mogły zaświecić.

ref. Uschniemy bez tego... x3

środa, 6 kwietnia 2011

Węże

 Za zaułkiem ukazało się 4 mężczyzn odzianych w policyjne mundury, a między nimi szła jedna, spętana powrozami dziewczyna. Jej bluzka była porozdzierana w kilku miejscach. Spodnie miała zapaskudzone przez błoto, w którym zapewne leżała jak ją znaleźli. Najbardziej przeraził mnie widok jej bosych stóp. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale miałem zamiar się dowiedzieć. Obserwowałem ich dalej z okna położonego na 3 piętrze kamienicy przy ulicy Dalekiej 23. Odszedłem tylko na moment od okna, aby zgasić światło, co by mnie nie dostrzegli. Wróciłem i już ich nie było. Ubrałem się więc w najzwyklejsze łachmany, aby pomyśleli w razie złapania mnie, że jestem zwykłym szwendającym się bezdomnym.
Doszedłem do Wichrowych Wzgórz, dzielnicy położonej na obrzeżach miasta. Dostrzegłem, że owa dziewczyna ma coraz bardziej pozdzierane ubrania. Domyśliłem się, że jest Żydówką, a niemiecka policja ma zamiar ją zgwałcić, a następnie zabić. Niemcy rzekomo brzydzili się Żydów, ale każdą ładniejszą kobietę wierzącą w Jahwe gwałcili ile wlezie.
Patrząc na to, jak wprowadzali ją do rowu robiło mi się niedobrze, ale wiedziałem, że nie mogę jej pomóc. W momencie bym zginął. Chcąc nie chcąc mogłem się tylko przyglądać jak powoli zdzierają z niej ostatki ubrań, rżąc przy tym jak opętali gwałciciele. Robiło mi się niedobrze od tego wszystkiego. Mimo przeświadczenia o mojej śmierci w wypadku pomocy Żydówce, wiedziałem że muszę coś zrobić. Tak więc wziąłem do ręki kamień i rzuciłem jednemu w hełm chowając się dobrze za drzewami. W moją stronę ruszyło dwóch pracowników służb państwowych, więc nie wychodząc z cienia ruszyłem w drugą stronę, aby kolejnym kamieniem trafić w innego policjanta. Zostawili dziewczynę, a ruszyli w moją stronę. Zacząłem uciekać, jednak nie szło mi zbyt dobrze.
Po około 20 minutach pościgu siedziałem już w suce, dość mocno spałowany i czułem jak strużki krwi ściekają z mojego łuku brwiowego. Wieźli mnie niewątpliwie na komisariat. Na szczęście miałem plan. W domu zostawiłem wiadomość starszemu bratu działającemu w ruchu oporu, w której umieściłem wszystkie informacje na temat mojej eskapady oraz miejsca, w którym na pewno może mnie znaleźć. Sam nie wierzyłem w jego powodzenie, ale nadzieję zawsze jest dobrze posiadać.
Samochód raptownie się zatrzymał. Usłyszałem trzask drzwi, szczeknięcie klamki od tylnych drzwi wozu i moim oczom ukazały się parszywe mordy dwóch funkcjonariuszy. Wyciągnęli mnie za szmaty z suki i zatargali na posterunek. Tam zostałem wtrącony do celi i raz jeszcze przetrącono mi wszystkie kości. Bałem się, jak jeszcze nigdy w życiu.
Zasnąłem po niezłej dawce ciosów na plecy i głowę. Gdy się obudziłem był ranek, a w swej celi dostrzegłem kilku zbiegów i parszywych mord. Myślałem, że nie dożyję kolejnego dnia. Ku memu zdziwieniu w pace zobaczyłem także gębę kumpli mojego brata. Ledwo co się do nich doczłapałem i dowiedziałem się, że byli wczoraj na akcji. Ha! Pomyślałem sobie, że teraz nie jestem już małym dzieciakiem, który nic nie robi w sprawie polskiej. Docenili mój czyn, aczkolwiek nazwali mnie też głupcem za to, że sam porwałem się na 4 policjantów.
Wyszedłem po 2 dniach. Nie mieli nic na mnie oprócz tego, że im uciekałem. Nie przyznałem się do winy. Chłopacy z bandy siedzieli jeszcze w kiciu przez dwa tygodnie. Wiem, że nie raz dostali po gnatach, ale jakimś cudem udało im się przeżyć te katusze.
Wracając do domu spotkałem tę Żydówkę, którą uratowałem. Podszedłem do niej i powiedziałem jej o całym zdarzeniu. Uściskała mnie, dała buziaka w policzek i gorąco podziękowała. Niestety więcej miłych wiadomości nie usłyszałem. Kiedy dotarłem do mojego mieszkania na 3 piętrze przy ulicy Dalekiej 23, dowiedziałem się od sąsiadów, że moją rodzinę przesiedlono do getta, a sam jestem poszukiwany jako groźny zbieg z aresztu. Mendy dopięły swego. Teraz nie miałem po co wracać ani do getta, ani nie było mi danym włóczyć się po ulicach Darktengu. Zostałem więc szczurem. Zaciągnąłem się do powstańczych band Wężów. Kąsaliśmy niemieckie mendy jak żmije, nie dawaliśmy im spokoju.
Teraz mieszkam w kanałach. Piszę ten tekst przy świetle świecy i mam nadzieję, że ktoś kiedyś go odnajdzie.  

poniedziałek, 28 marca 2011

Skarga muzyka

 Zaległaś w mym sercu. Czemu? Tego ci nie powiem, to zbyt ciężkie. Choć ubrana byłaś w płaszcz czarny, potrafiłem przejrzeć go na wylot i dojrzeć twe blade ciało, skrzące się pod nim niczym gwiazdy odbite na tafli jeziora nocną porą. Przez całą wieczność spędzoną u Twego boku myślałem, a wręcz pewnym byłem, że pod twym płaszczem nie ma nic. Przecież widziałem zarys sutków przesuniętych od środka delikatnie w bok. Widziałem, jak za każdy razem gdy siadasz, zasłaniasz szczelnie okolice intymne, zapewne po to, aby zimny wiatr nie skalał twego łona. Zrobiłaś mi bagno z głowy.
Teraz patrzę jak umierasz. Toniesz w swojej melodii. Nuty zapisujesz na pięciolinii swoją krwią, zaś instrumentem są usta twoje. Poruszasz się niczym dyrygent orkiestry. Zmuszasz każdy organ wewnątrz swego ciała do nadnaturalnego wysiłku tylko po to, aby powstała melodia. „Ależ gracja”! - pomyśleliby zapewne tak ludzie, którzy ukończyli akademię muzyczną. „Poświęcić siebie dla muzyki to najwyższa forma sztuki!”. Cóż za brednie! Głowa mi pęka od sygnałów, które niby subtelnie a jednak tak dotkliwie ranią mój umysł. Cicha melodyjka przeradza się w coraz to głośniejszą galę instrumentów. Z twych ust wypływają już potoki krwi. Bryzgasz życiodajnym płynem na prawo i lewo tworząc tym samym obrazy. Okrutnie jest tak siedzieć i przyglądać się temu. Przykułaś mnie jednak strachem do tego fotela obitego starą już tkaniną.
Dostajesz konwulsji wiesz? To nie wróży niczemu dobremu. Popatrz choć chwilę wstecz i ujrzyj jak bliski ci byłem przez te kilkadziesiąt lat. Zostań jeszcze trochę, choć przez chwilę. Jak najmniejszą. Wyginasz usta w złośliwym grymasie szyderczego uśmiechu. Rozumiem przesłanie. Tracę ciebie już na zawsze. Szkoda wiesz? Tak przecież dobrze nam było. Zwolniło ci tętno. Nie, teraz już za późno na to, aby cokolwiek zrobić w celu uratowania twojej persony. Sądzisz, że dasz sobie z tym radę? Nie będzie to takie proste.
Stworzyłaś „Krwistą sonatę”, sonatę niszczącą nie tylko ciebie, ale cały świat dźwięków obok ciebie. Dlaczego zabierasz muzykę z tego świata? Za mało ci wyznawców? Przecież cały świat cię wielbi na swój sposób. Jedni tańczą, inni jeszcze grają, a ci ostatni śpiewać potrafią. Każdy jest do czegoś stworzony. Sama tego chciałaś. Pomagałem ci lepić zwierzątka z materii, ludzi z gliny i rośliny z pyłu. Na co nam to było? Znudził ci się materialny świat i masz zamiar odejść? Ciekawi mnie dokąd pójdziesz. Zajmiesz sobą kolejnego człowieczka? Zaoferujesz mu, podobnie jak i mi, życie wieczne? Na nic się to zda. Oni tego pożądają. Zabiją cię przy najbliższej sposobności i będą śmiać ci się w twarz.
Melodio krwi – grać nie umiałaś. Zabrałaś jedynie ze sobą jedyne co miałem. Pogrążyłaś mnie w dolinie rozległej i cichej. Zadowolona jesteś ze swych poczynań? Przychodzą takie dni, kiedy marzę, kiedy marzę aby urodzić się raz jeszcze, ale nigdy ciebie nie poznać. Bolisz mnie w każdym calu mego ciała. Zabrałaś mi słuch, tak więc zabrałaś mi życie. To jest moja skarga, skarga niedoszłego muzyka!

wtorek, 22 marca 2011

Lewa noga

   Wstałaś lewą nogą, nieprawdaż? Nie, nie wymiguj się. Widzę przecież ten grymas goryczy i braku czegoś w twoim życiu. Zazwyczaj twoja twarz nie wyraża emocji, jesteś taka obojętna. Dobrze pamiętam, że nie ruszyła cię śmierć babci i wujka w wypadku samochodowym. Żyjesz przecież w tym swoim małym, zamkniętym pokoju, który nazywasz przekornie najpiękniejszym miejscem na ziemi. Posiadasz nawet przyjaciela. Czy kogokolwiek może to obchodzić, że stronisz od ludzi a najbardziej ufasz jednemu zwierzęciu jakim jest rudy, dwunastoletni kot? Wątpię w to. Lubię, gdy odwracasz głowę, tak jak w tym momencie i szukasz za oknem lepszego jutra.
   Może wyjdziesz w końcu ze swojej celi i zanurzysz się bez końca w świeżym powietrzu? Okno twego pokoju nie było już tak długo otwierane. Dusisz się nagromadzonymi tu emocjami niczym ludzie smogiem w zatłoczonym mieście. Trafiam w sedno? Boję się, że tak, ale czekam zarazem na pewną reakcję, wybuch emocji. Jesteś w stanie zafundować mi trochę adrenaliny.
  Ubierz się proszę. Lubię spoglądać na twe nagie ciało, ale z dnia na dzień jesteś chudsza i coraz to bardziej wystające kości biodrowe zaczynają mnie obrzydzać. Chyba nie chcesz, aby ta piękna, sosnowa podłoga została ubrudzona resztkami śniadania, których zapewne nie strawił jeszcze mój żołądek. Widzę jak dygoczesz. Czyżby robiło ci się zimno? Niewiarygodne! Mamy przecież środek lata.
   Odpalasz papierosa, hmm to niezbyt dobry znak. Mówiłaś, że jesteś czysta od dwóch lat. Nie potrafisz poradzić sobie z problemami, przerastają cię. Wyjdziesz ze mną w końcu? Pokażę ci, jak zmieniło się nasze miasteczko. Pamiętasz w ogóle, że to jest NASZE MIASTECZKO? Panie Melanie otworzyła nowy sklep. Tym razem są to artykuły papiernicze. Dwa poprzednie pomysły okazały się totalną klapą. Biedaczka przechodziła już stany załamania, ale jakoś się podniosła i znów chce w jakiś sposób zarabiać. Unia Europejska dała jej nawet dofinansowanie. Cieszyła się tak bardzo, że oprócz zwykłych towarów posiada także rzeczy niezbędne do scrappingu.
   Ostatnio był festyn. Jakieś dwa tygodnie temu. Plakaty głosiły: NIEZIEMSKA ZABAWA PRZY DOBREJ MUZYCE, a mi tam waliło od nich grillowaną kiełbasą, duża ilością zapijaczonych gości, w tym mojego ojca tak nawiasem mówiąc. Dużo zresztą się nie pomyliłem. Niezbędnym do przetrwania tej nocy był papieros, w sumie to nie jeden i kilka kubków kawy. Doskonale wiesz jak to jest zapewne.
   Lubisz zapach jaśminu? Nie daj się namawiać i chodź ze mną do ogrodu babci, jest go tam pełno. Może wrócą do ciebie wspomnienia tych pierwszych dni, kiedy byłaś taka szczęśliwa. Nie ma potrzeby stronienia od świata, naprawdę. Albo wyjdę na dwór i poczekam na ciebie. Weźmiesz ciepłą kąpiel i kiedy twe nozdrza wchłoną potężny haust powietrza, poczujesz się lepiej.
   Albo, albo... wyjrzyj przez okno. No spójrz przez nie ostatni raz. Potem je otwórz, poczuj zapach zieleni. Wtedy na pewno ci się zechce wyjść. Nadal masz ten dziwny grymas na twarzy. Nie wiem nawet do końca jak ci pomóc. Wsiadłabyś ze mną znów do tego brudnego autobusu numer 28 i pojechała na obrzeża. Potrafię zrozumieć, że nie chcesz mieć do czynienia z ludźmi, ale czemu unikasz mnie?
   Potrafię dostrzec to, że odsunął się od ciebie zarówno ojciec jak i matka, ale ja? Poświęciłem ci całe swoje dotychczasowe życie. Dawałem ci:
S) schornienie, kiedy błąkałaś się bez celu
C) czułość przytulając jak płakałaś,
H) hałas, gdy go potrzebowałaś,
I) interwencje w momentach, kiedy sądziłaś, że ktoś chce Cię zabrać,
Z) zdrowie w momentach, gdy leżałaś chora w łóżku,
O) obłęd na twoim punkcie,
F) fizyczność, kiedy pragnęłaś seksu,
R) radość zabierając cię w miejsca nasze ukochane,
E) emocje, dzieląc z tobą radość i smutki,
N) nienawiść do ludzi, którzy zawinili tobie,
I) igraszki, kiedy żądałaś abym na twoich oczach zabawiał się sam z sobą,
O) opiekę, gdy bałaś się samotnie spędzać noce
moja jedyna. 
   Zabrałaś mi wszystko, dałaś jeszcze więcej. Razem przecież odkryliśmy wszechświat emocji i oceany uczuć. Dziękuję ci za to.

piątek, 11 lutego 2011

Czas.

Nie było dla mnie w tej pace nic dziwnego. Po kilku miesiącach pojąłem, jak wygląda hierarchia więźniów. Poznałem Tomka. Nie był to zwykły więzień. Miał w oczach jakiś dziwny promień, a sama barwa jego tęczówki była złota. Zastanawiałem się czemu tak jest, aż nie spostrzegłem kilku dziwnych tatuaży na jego ciele. Nie szło nic po mojej myśli, gdyż bałem się takich ludzi. W dzieciństwie babcia opowiadała mi o osobach obdarzonych wiedzą magiczną. Może należał do takich? Spędzałem całe dnie na rozszyfrowywaniu tych dziwnych okręgów, które iskrzyły się różnymi kolorami tuszów na jego ciele. Zabrakło mi tchu, gdy odkryłem, że jeden broni przed złymi urokami, zaś kolejny zabezpiecza jego ciało przed opętaniem. Nie dowierzałem temu, co zostało mi wykreślone przed oczyma. Przecież nie ma demonów ani duchów!
- Chuja prawda.. - odezwał się nagle Tomek.
Czytał mi w myślach, czy może mówiłem na głos?
- Tak, potrafię to zrobić. Art, nie martw się. Nic Ci nie będzie. Jeśli chcesz pozwolę Ci dołączyć do mnie, ale najpierw musimy jakoś wyjść. Wiem, że nie zrobiłeś nic tej dziewczynie.
- Mam pewien pomysł.. Wiesz, to dość proste aby stąd wyjść. Masz paranormalne zdolności?
- Niestety, ale tak.
- To przecież możesz wyperswadować sędziemu aby Ciebie wypuścił. Mam sprawę 2 dni po Tobie. Możesz zrobić to samo z moim.
Taaak, to jest pomysł. - przesłał mi myśl.
Przez kilka dni ćwiczyliśmy nasze rozmowy mentalne. Dowiedziałem się od Tomka, że każdy posiada w sobie część magii, musi tylko to odnaleźć. Tak się zaczęła moja przygoda. Do zobaczenia w trasie.


Nie wiem kiedy następne się pojawi. A to tylko dlatego, że mam trochę roboty ze studiami jeszcze. Do najbliższego.

sobota, 29 stycznia 2011

Rozmowa przy barze.

J: Wiesz, zobaczyłem Cię...
T: Nie kończ, mam tak samo.

J: Ale przecież nie wiesz do czego zmierzam.
T: Aż za dobrze.

J: Masz na imię..
T: A czy to ważne?

J: Czasami chciałbym wiedzieć z kim rozmawiam.
T: To nawet nie rozmowa, dla mnie czymś więcej te spotkanie jest.

J: Chcesz mi coś powiedzieć?
T: Na to chyba za wcześnie.

J: Zrobisz jak zechcesz, zmusić Cię nie mogę.
T: Nie dałbyś rady, zbyt zamknięty ze mnie człowiek.

J: Skromna czy nieśmiała?
T: Sam to musisz odkryć.

Koniec tego taki, że rozstali się w milczeniu. Spotkają się ponownie czy już nigdzie nie wyjdą? On ją pokochał, ona załamała, bo nie jedno męskie serce już złamała.



To taka mała przerwa od klimatu więziennego. Na pewno dokończę tamtą historię, ale na razie przez sesję nie mam nastroju ani czasu na pisanie czegoś dłuższego.

środa, 29 grudnia 2010

Więzienna noc.

Dnia 31 grudnia przeniesiono mnie do celi dla gitów. Szczerze powiedziawszy to miałem wielkie wątpliwości, co do mojego dobrego życia tam. Przed moimi oczyma stawały najgorsze obrazy, jakie tylko przychodziły mi do głowy. Przywitano mnie słowami:
- Siadaj młody na pryczy i nawet się kurwa nie odezwij, bo w pysk.
Były to słowa gościa skazanego za zabójstwo. Dopuścił się tego czynu, ponieważ widział, jak jakiś facet gwałci jego żonę. Bałem się cholernie, gdyż na pewno wiedzieli za co tu siedzę. Pierwszej nocy nawet nie zmrużyłem oka, a tylko po to, aby być spokojnym, że mnie nie będą cwelić. Kolejne dni, mimo iż tak się bałem nie wyglądały najgorzej. Odwiedziła mnie mama. Pół godziny, które przeznaczone jest na widzenie milczeliśmy przytuleni do siebie. Poprosiłem ją, aby tylko nie przyprowadzała mojej 9 letniej siostry. Nie chciałem, aby widziała, gdzie jestem obecnie, więc poprosiłem rodzicielkę, żeby powiedziała Miley, że wyjechałem na sylwestra albo do pracy.
Mijały tygodnie, a żyło mi się całkiem nieźle z moimi "współlokatorami" celnymi. Nie wiedziałem w jaki sposób do nich się odzywać, więc milczałem większość czasu, aby nie rozpocząć jakiejś bezsensownej bójki. Nie byłem dzieciakiem, który lubił się bić i robił to często. Po nich zaś było widać, że jest to normalne, aby prać się po mordach.
Zasnąłem. Całkiem wygodnie było mi na pryczy, jednak brakowało mi domowej pościeli, zapachu płynu do płukania i ciepłego pomieszczenia. W celi capiło wilgocią, a smród ten doprowadzał mnie do wymiocin. Jednak mimo wszystko, nie było najgorzej. Nagle poczułem, jak ktoś zarzuca mi worek na głowę, po czym tłucze mnie z całej siły po twarzy. Wiedziałem, że krwawię, bo ciepło, które nagle ogarnęło moją twarz nie było wytworzone dzięki adrenalinie, ale lepkiej cieczy wypływającej z mego nosa. Następnie zrzucono mnie z pryczy i kopano po brzuchu. Słyszałem tylko śmiech tych cwaniaków, którzy bawili się widać co nie miara. Po wszystkim wstałem ledwo co i zapytałem, który to zrobił. Odpowiedzieli, że wszyscy razem. Podszedłem do jednego z najsłabszych, zacisnąłem pięść i uderzyłem prosto w twarz. O dziwo mi nie oddał. Chłopacy stwierdzili, że jestem "spoko ziomek". To był swego rodzaju sprawdzian, czy nadaję się do tej celi.

sobota, 25 grudnia 2010

Smutek więzi me myśli

Tekst dedykuję Tinie, tak bardzo prosiła o następny.


- Jest mi tak zimno, cholernie zimno. - powiedziała Sara.
Nie wiedziałem kompletnie jak rozgrzać jej poharatane i tak mocno ciało, pozostawione na pastwę losu w śnieżnej zaspie. Wydawało mi się jakby każda sekunda trwała godzinę, a minuta dobę. Co robić? Te pytanie zadawałem sobie non stop. Sara była mi bliską osobą i tak właśnie dlatego zadzwoniła do mnie a nie na policję. Jedyne co wiem to tyle, że została zgwałcona, a następnie brutalnie pobita i dwa razy dźgnięta nożem. Minbourg Street to niebezpieczny zaułek, jednak przyjaciółka ma chciała sobie skrócić drogę do domu. Ach! Gdybym tylko mógł dorwać tych drani, co jej to zrobili.
Zmasakrowane ciało Sary doprowadzało mnie do wymiocin, jednak nie chciałem wyrzucać z siebie resztek niestrawionego jeszcze pokarmu, aby pokazać jej, że nie jest aż tak źle. Twarz miała w posoce, która spływała z rozciętych ust i łuku brwiowego. Ciosy nożem zadano w brzuch i udo. Pewnie dlatego, aby uniemożliwić jej poruszanie się. Była piękną kobietą, tego nie można jej odebrać, jednak w tym stanie wyglądała prawie jak zombie.
Moje nerwy były na granicy wytrzymałości, a łzy kapały w półmroku na zimną kostkę brukową tworząc lodową poświatę. Pogoda nie dopisywała. Na dworze było minus dwadzieścia dwa stopnie i wiedziałem, że jeśli szybko nie zareaguję to Sara umrze. Zerwałem poły koszuli, którą miałem na sobie i obwiązałem jej rany, aby zatamować krew. Dzięki Bogu jestem po kursie pierwszej pomocy. Następnie okryłem ją moją kurtką i wyjąłem telefon. Nie miałem wiele czasu, moja bateria była na granicy wytrzymałości. Zadzwoniłem po policję i pogotowie. Nie dostałem jasnych odpowiedzi. Karetka zjawiła się dwa razy szybciej od radiowozu. Ech.. policja to skurwysyny w naszym kraju. Wzięto ją na nosze i zawieziono na ostry dyżur do pobliskiego szpitala wojewódzkiego. Policja od razu stwierdziła, że jestem podejrzanym. Funkcjonariusze prawa wpakowali mnie do suki z zakutymi rękoma.
- Jak mógłbym być jej gwałcicielem i zabójcą skoro starałem się zatamować jej krew i oddałem własną kurtkę a następnie wezwałem pogotowie i was!? - wrzeszczałem w radiowozie.
- Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciw pańskiej osobie. - usłyszałem od policjanta.
Czas nagle przyśpieszył i wszystko wydawało się migać przed moimi oczyma. Kiedy trafiłem do celi, zostałem ostro spałowany, po czym z szyderczym uśmiechem na twarzy powiedzieli do mnie:
- Poczekaj aż trafisz do celi gitów, tam dopiero zaznasz rozkoszy.
Nie wiedziałem, czemu mnie podejrzewają. Po dwóch dniach przyszedł do mnie prawnik i powiedział, że zarzutem wobec mnie jest gwałt i brutalne pobicie kobiety, która zapewne podobała mi się wiele, wiele lat. Chciałem zaprzeczyć, ale w tym samym momencie przypomniały mi się słowa policjanta: "Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciw pańskiej osobie.".
- To wszystko jest chore! - krzyczał wewnątrz mnie jakiś głos.
Kompletnie nie wiedziałem co robić. W domu mama z siostrą zapewne zamartwiały się, gdzież to jestem. Poprosiłem klawisza o to, aby pozwolił mi zadzwonić do nich. Rozmowa z zapłakaną rodzicielką nie przychodziła mi łatwo. Najważniejszym dla mnie był jednak fakt, iż wierzyła w to, co mówię.
Najgorsze jednak było dopiero przede mną...

czwartek, 23 grudnia 2010

Trochę inne święta.

Święta, święta, święta. Najpierw Wigilia, następnie pierwszy i drugi dzień. Męczą mnie przebrzydłe, udawane uśmiechy i jeszcze gorsze, zakłamane życzenia. Każdy stara się być miły, ale nie każdemu wychodzi. Przez 13 lat starałem się udawać każdego innego człowieka w Polsce w okresie świątecznym. Na rodzinnych kolacjach tudzież obiadach uśmiechałem się fałszywie, składałem jeszcze gorsze życzenia. Niestety pewnego roku coś we mnie pękło. Zapewne zacząłem dojrzewać i przejawiał się u mnie bunt, jednak odbieram to trochę inaczej. Owszem zbyt grzecznym dzieckiem nie byłem, ale nigdy nie pogardziłbym rodziną. Wigilia 2004 roku zmieniła wszystko. Nie, nie chodzi tu o jakiekolwiek błahostki, o których myślicie. Nie mam na myśli jakichś mało ważnych wydarzeń też. Mój światopogląd wywrócono o 360 stopni i nikt go teraz nie da rady przywrócić do podstawowej formy. Pięknie by było, gdybym znów potrafił uwierzyć w magię świąt i zasrane bajeczki o Bogu. -Taaak, on jest taki dobry. - powiedziałaby babcia
-Art musisz przejrzeć na oczy, on objawia się w drugiej osobie. - ktoś znajomy rzekł.
A ja go cholera nie widzę. Coraz odleglejszy mi się staje. Monotematyczność moich grudniowych przemyśleń zżera mnie od środka.
-Wypłucz je, schowaj je, zapomnij. - powiesz mi tak?
-Na pewno będzie dobrze. - nie próbuj tak się zwracać, bo dostaniesz w pysk.
Moje sumienie cholernie mnie beszta po żołądku i chce więcej perwersji tylko po to, aby dostawało bodźców zewnętrznych. Czy właśnie tak ma wyglądać każde boże narodzenie? A może coś kiedyś pęknie i się zmieni wszystko? Boli mnie cały czas. Jebane 6 lat, a ja wciąż pamiętam. Nie powinienem tu roztrząsać takich spraw, ale po prostu chcę czasami napisać coś, co siedzi w moim sercu.
Dziadku, wiem że do Ciebie to nie dotrze, ale ja cały czas pamiętam. Czuję często Twą obecność w ciężkich momentach, które mnie dotykają. Wiedz, że Cię kocham cały czas tak bardzo jak kiedyś. Bądź mą ostoją, a na pewno poczuję się silniejszy. Powiecie, że to pokazanie jak mi strasznie przykro? Nieee. To żal do waszego boga, do litościwego Jezusa, który nie postarał się i zrobił mi kiedyś piękny prezent w swoje narodziny.

Poudaję teraz zakłamaną część Polaków.
Wesołych świąt!  
Szczęśliwego nowego roku.

niedziela, 12 grudnia 2010

Król barłogu III

Do szkoły wróciłem po dwóch tygodniach nieobecności od czasu, gdy przypomniałem sobie śmierć mamy. Nie było mi lekko nadrobić tylu zaległości. Pocieszył mnie jednak fakt, że pogoda nie była taka zła i nadal mogłem przesiadywać na plaży z kartką papieru i rysować zachody słońca. Dziwnie mnie uspokajały te zjawiska przyrodnicze, które zachodziły nad morską tonią.
W budzie spotkałem kilku muzyków. Chłopacy grali na gitarach, śpiewali i posiadali bębniarza, ale brak im było basisty. Zgodziłem się bez żadnego namysłu. Nie mam teraz czego żałować, gdyż gramy do dzisiaj. Zaczynając jednak od początku należy powiedzieć, a raczej napisać, że nie było kolorowo. Pierwsze próby i od razu pierwsze zgrzyty. Różnice charakterów, chęć grania czego innego, jednak poszliśmy na kompromis. Nazwaliśmy swój zespół Dead Alice i tworzyliśmy progresywny alternatyw muzyczny. Nasze piosenki opierały się na kilku skalach, miały złożone przejścia i mocne teksty. Od początku wiedzieliśmy, że jesteśmy stworzeni do życia scenicznego. Paradoks sam w sobie, albowiem jak wspominałem prędzej do najbardziej otwartych osób nie należałem.
Swój pierwszy występ mieliśmy na balu maturalnym, który odbył się 26 stycznia. Tłum szalał, a w nas wstąpiły jak gdyby nowe osobowości. Potrafiliśmy się bawić tym, co robiliśmy i przynosiło nam to nie lada satysfakcję. Nasz repertuar był ciągle poszerzany o nowe numery i przysposobiliśmy sobie niezłą grupę fanów. Były także groupies, ale jak zawsze byłem stronniczy i nie leciały aż tak bardzo na mnie, jak na gitarzystów i wokalistę.
Nie podeszliśmy nawet do matury. Podpisaliśmy kontrakt z, wtedy jeszcze dość mało znaną wytwórnią, Roadrun Records. Po pierwszych nagraniach nasza płyta ukazała się w sklepach w nakładzie tylko 1000 egzemplarzy, jednak dla nas był to niesamowity sukces. Odszedłem całkowicie od życia rodzinnego. Nie wiem czy to dobrze czy źle, jednak bytowanie na własną rękę i kieszeń sprawiało mi niezwykłą frajdę. Niedługo po tym przyszły także pierwsze problemy. Wraz z chłopakami stwierdziliśmy w trakcie jednej trasy koncertowej, że czas spróbować tego, co robią inne zespoły. No i w taki oto sposób próbowaliśmy alkoholi, narkotyków i panienek. Całkiem przyjemnie tak było dopóty, dopóki nie straciliśmy rachuby w naszym postępowaniu. Ojciec nie chciał ze mną rozmawiać, gdy dowiedział się, że trafiłem na odwyk, a siostra patrzyła jak na kogoś obcego. Zapuściłem się sam w sobie i nie mogłem odnaleźć drogi powrotnej.
Po dwóch latach brania i picia spróbowałem się opamiętać. Chłopacy postawili się szybciej do pionu, więc pomogli wyjść z tego bagna i mi. Zaprowadziłem jednak barłóg w swoim dotąd poukładanym życiu. Teraz już wiecie, czemu nazywam się Terry, a mówiono na mnie "Król barłogu". Przestaliśmy koncertować na czas mojego leczenia. Po roku wróciłem do składu, nauczyłem się nowych kawałków i znów ruszyliśmy w podróż. Ponadto pracuję w przychodni specjalistycznej dla osób uzależnionych i staram się pomóc im wyjść z nałogu.
Morał z tej opowieści taki, żebyś nie łapał bracie za dragi. Alkohol w niewielkich ilościach to całkiem fajna sprawa, jednak narkotyki zaprowadzą Cię na dno. Przypomnijcie sobie moje słowa, gdy będzie z wami naprawdę źle.
Żegnam,
Terry.

środa, 8 grudnia 2010

Król barłogu II

Nadszedł dzień 22 września. Niestety nie kojarzy mi się on zbyt dobrze. To właśnie wtedy zmarła moja mama. Pamiętam każdy detal tego nieszczęsnego dnia, jakby to było wczoraj. Jak co rano poszedłem do szkoły, przesiedziałem tam sześć godzin, po czym wróciłem do domu. Nic się jeszcze nie działo. Wyszedłem z domu o godzinie 15:00 i wiem, że nie wybaczę sobie tego do końca mojego życia.
Każdego popołudnia wybierałem się do chłopaków na niezbyt dobrą dzielnicę mojego miasta. Niby nic takiego, ale w podwórzu przy kamienicy, w której zawsze odbywały się nasze meetingi była raptem jedna ławka i trzepak. Życie tam polegało na przesiadywaniu przez kilka godzin na wyżej wymienionej ławce tudzież ziemi. Mówi się, nic specjalnego. Jednak tego dnia było inaczej. W wieku 10 lat nie myślało się o żadnych używkach mimo tego, iż widzieliśmy jak starsi chłopacy wstrzykują sobie heroinę prosto do żył. Mój świat to była istna sielanka. Ciepły dom, dobre oceny w szkole i wspaniali znajomi. Nie przyjaźnili się ze mną tylko dlatego, że miałem pieniądze. Robili to ze względu na mój charakter. Wspominałem już prędzej, że nie jestem zbyt otwartą osobą. Jednak zmiany te nastąpiły we mnie dopiero po śmierci mamy. Chciałbym, aby czasy sprzed 8 lat wróciły. Ha, kto by nie chciał? Niczym się zupełnie nie przejmowałem tego dnia. Śmiałem się, żartowałem i grałem w piłkę z przyjaciółmi. Zenek nie raz mówił, abym nie wychodził zbyt późno od nich, bo może mi się przytrafić coś złego. Teraz wiem, że moim błędem było opuszczenie Mordlag District dopiero o 20:00. Zaniepokojona mama wyszła mnie szukać, co spowodowało, że kiedy tylko mnie odnalazła przytuliła mnie i chciała zaprowadzić do domu. Spodziewałem się niezłej burdy, jednak obyło się bez kłótni. Niestety za kilka minut świat miał spaść mi na głowę i zmiażdżyć doszczętnie moje serce. Kiedy byliśmy dwie przecznice od mojego domu, jakiś pijany kierowca potrącił moją mamę po czym uciekł z miejsca zdarzenia. Nie wiedziałem co robić, więc pobiegłem po tatę. Nigdy nie zapomnę widoku jego twarzy, gdy ujrzał zakrwawione usta mamy i wciąż cieknącą krew z jej gardła. Nigdy nie zapomnę jej zmasakrowanego ciała, które ledwo co oddychając wykrztusiło z siebie ostatnie "kocham Cię" w momencie, gdy z oczy znikał blask. Nigdy. Nie potrafię sobie wybaczyć, że to przeze mnie. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego akurat moja mama. Nie potrafię nic.

piątek, 3 grudnia 2010

Król barłogu.

-Wiesz, co chcesz robić w życiu?
- Tak.. tak sądzę.
- A masz jakiś plan, jak do tego dążyć?
- Myślę, że wiem w jaki sposób to zrobić.

Słowa mojego ojca po dziś dzień drylują mój zdegenerowany umysł. Niby nic szczególnego, ale wtedy wiedziałem, że chcę być dobrym człowiekiem.
Wszystko zaczęło się, gdy kupiliśmy nowy dom. Znajdował się on nieopodal klifu, w całkiem malowniczej okolicy. Z wielkomiejskiego syfu przenieśliśmy się z rodziną do wioski położonej niedaleko morza. Nie był to mój, ani mojej siostry wybór, ale tyko i wyłącznie mojego ojca. Straciłem mamę, gdy miałem 10 lat i do tej pory w zakamarkach mojej podświadomości kryję żal do Boga, że odebrał mi moją ostoję w świecie pełnym kurestwa. Z miasta wyjechaliśmy dlatego, że zbyt wiele kojarzyło nam się z mamą. Strata tej wspaniałej kobiety bardzo mocno dotknęła moją rodzinę. Młodsza siostra, Tania, nie znała jej zbyt dobrze, gdyż miała zaledwie 4 lata, jak mama opuściła ten świat.
Wioska, do której się wprowadziliśmy, wyglądała na malowniczo położoną osadę ubogich rolników. Nasz dom? Czysta sielanka. Mała parterówka z poddaszem, kupiona po jakiejś rodzinie, która wyniosła się stąd, kiedy ich córeczka spadła z klifu. Przez kilka dni nasłuchałem się opowieści jak to straszy okropnie w tym należącym już do nas budynku, ale jakoś tego nie zauważyłem.
Do Mervbridge zjechałem z tatą kilka dni prędzej, a siostra w tym czasie została u babci. Oprzątnęliśmy naszą "rezydencję" i naprawiliśmy kilka niedziałających rur oraz kontaktów. Swój malutki pokój na poddaszu obkleiłem wytłaczanki oraz różnego rodzaju plakatami. Przytłaczało mnie tylko to, że jest nas troje, a dom ma sześć pokoi.
W dniu, w którym na dobre się wprowadziliśmy do Mervbridge ojciec wziął mnie na rozmowę.
- Terry, wiesz jak bardzo zależy mi na normalnym życiu, prawda synku? Proszę Cię zatem nie rozstrząsaj ciągle sprawy utraty mamy, tylko pomóż mi w wychowaniu twojej młodszej siostry.
-Dobrze tato, postaram się. - odpowiedziałem lakonicznie, po czym odszedłem do swojego gniazdka. Był to 22 lipca 1986 roku i właśnie tego dnia moje życie miało się na zawsze odmienić.
Wstałem jak zawsze o 6:30 rano. Z dołu ulatniał się zapach jajecznicy z bekonem, zatem wiedziałem, że tata nie spal dobrze i chciał nas jak najlepiej przywitać. Zszedłem na dół, porozmawiałem z nim o przyziemnych sprawach i wybrałem się na plażę. Zabrałem ze sobą Tanię, co by samotna nie czuła się w pierwszym dniu, jaki miała spędzić w nowym miejscu. Tania to bardzo spokojna, 12 letnia dziewczynka z głową w chmurach. Ma cudowne blond loki, zielone oczy i jest kopią mamy. Widok uśmiechu na jej twarzy zawsze sprawia, że się raduję. To tak, jakbym widział roześmianą mamę, gdy łaskotałem ją lub opowiadałem dowcipy. Na co dzień jestem cichym i zamkniętym w sobie chłopakiem. Nie jestem zbytnio wysoki, mam tylko 176 cm wzrostu i 18 lat. Szybko musiałem dojrzeć, aby pomogać przy codziennych pracach domowych. Jednak nie wpłynęło to na moje nastoletnie życie. Nadal miałem marzenia i chciałem je realizować. Pierwsze spełniło się zaraz po powrocie z nadmorskiego wybrzeża do domu. Tata przywitał nas pysznym obiadem, po czym odezwał się.
-Taniu idź do siebie. Muszę porozmawiać na osobności z twoim bratem.
Niezwykle zdziwiły mnie te słowa, a nawet wystraszyły, albowiem nie wiedziałem, czego mogę się spodziewać. Zaraz po wyjściu siostry ojeciec przytulił i zabrał do mojego pokoju.
-Terry, zakmnij oczy i wejdź za mną do swojego pomieszczenia.
Zrobiłem jak chciał, a gdy usłyszałem, że mogę je otworzyć i spojrzeć w ka pokoju, to serce me stanęło mi w gardle z podniecenia. Natychmiast podniosłem powieki, a w momencie, gdy ujrzałem nowe cacko w rogu skoczyłem z radości i zacząłem całować go po policzkach dziękując przy tym i dławiąc się łzami szczęścia. Otóż w kąciku, gdzie wisiały plakaty stała wielka kolumna z głową gitarową, a tuż obok na statywie nowiutki model basu wyprodukowany przez firmę Fender. Nie wiem czy wspominałem, ale fascynują mnie innowacje muzyczne. Od tamtej pory siedziałem nad moją nową gitarą, którą z czasem zacząłem nazywać żoną, całe dnie. Wakacji miałem coraz mniej i myśl rozstania się z "radością samotnych chwil" dręczyła mnie. Szkoła to obowiązki i mimo, że nie należę do najgłupszych wiedziałem, iż nie mogę zawalić klasy maturalnej. Dni coraz szybciej się kończyły a wrzesień nadszedł tak niespodziewanie. Chciałem, aby życie polegało tylko na weekendach, gdzie mogłem siedzieć z bassem sam na sam...

Modlitwy.

Kiedyś przeczytałem w pewnej książce cudowną dedykację:
"...Daj Jej siłę, aby mogła się pogodzić z tym czego zmienić nie może;
Dodaj odwagi, aby mogła walczyć z tym, co zmienić może.
I udziel Jej mądrości, aby odróżniła jedno od drugiego..."

Ale czy aby na pewno jest trafna?

"Modlitwa III"
Pozwól mi spróbować jeszcze raz. 
Niepewność mą wyleczyć, wyleczyć mi.
Za pychę i kłamstwa, za me nałogi,
Za wszystko co związane z tym.
Te świństwa duże i małe,
Za mą niewiarę,
Rozgrzesz mnie, no rozgrzesz mnie!


Dwa wykluczające się cytaty. Szukam prawdy i powiązania z życiem codziennym w obydwu. Pierwszy przecież mówi o tym, że Bóg może JEJ coś przekazać. Siła, odwaga, mądrość.. Czyż te cnoty nie są najbardziej pożądane? Bynajmniej. W drugim zauważam prośbę, która kierowana jest do Boga przez człowieka przegranego. I to nie takiego, który jest na pozycji spadkowej, ale już całkowicie poza rankingiem. Czy uzyska pomoc? Wątpię. Zatem dlaczego każdy z nas inaczej Go postrzega? Dla jednych jest to zbawca, coś wyższego, stojącego w hierarchii ponad wszystkim żywym. Dla innych, zwykły gość, który coś stworzył i nas opuścił. Jeszcze następni sądzą, że nie ma takiej istoty. Czy to właściwe podejście? O tym za chwilę.

Moje szkolne życie nie różniło się zapewne niczym od waszego. Każdego dnia wstawałem rano, jadłem albo i nie śniadanie, a następnie wychodziłem do przysłowiowej "budy". Ciekawiły mnie w szczególności nauki humanistyczne: złożone rządki liter, interpunkcja, gramatyka. Pisanie to także świetna sprawa. Ale najbardziej lubiłem polemizowanie na religii. Katecheta zawsze namawiał nas do wiary, do tego, żeby powierzać Bogu swoje problemy, bo on nas wysłuchuje. Ale czy na pewno? Po zadanym pytaniu, czy jemu kiedykolwiek pomógł nie dostałem odpowiedzi. Co dzień zachodziłem z łopatą w swój umysł i zastanawiałem się nad tym. Nie doszedłem do satysfakcjonujących mnie wniosków, więc poszukiwałem Go w nauce archeologii. Też pustka. Zatem odszedłem od tego i wróciłem do standardowego środowiska życiowego. Nic ciekawego nie robiłem. Zbijałem bąki nad gitarą basową oraz układałem piosenki. Może przyjdzie On do mnie w muzyce? Po długiej przerwie stwierdzam, że nie. Napisałem nawet modlitwę. Jednak nie została ona wysłuchana. Co wieczór przez 10 lat prosiłem Boga o zdrowie dla dziadka i babci. Czemu więc mi ich zabrał? Przecież w niebie jest zimno.

Poznałem dziewczynę. Piękna była. Czy w niej był Bóg? Nie sądzę. Podobno Bóg nie rozdawał swego ciała dla człowieka, oprócz tej jednej śmierci krzyżowej. Ona była inną. Od poranka do nocy mogłem korzystać z jej usług. Nazwać ją dziwką? To chyba przesada. Po prostu lubiła seks. A czy Bóg go lubi? Przecież nakazano księżom żyć w celibacie. A tak się mieliśmy rozmnażać. 

Cytaty. Dwa dogłębne teksty. Dwa dogłębne teksty. Dwa dogłębne teksty... Czy są one pewnego rodzaju słowami kierowanymi do Boga? A może to po prostu nic nie warte zwroty? Może.. A jednak powodują mocniejsze drgania w moim sercu. Zatem szukam Boga w piśmie, które sam tworzę. Szukam Ciebie w moich literach. Szukam też zmarłych, z którymi chciałbym jeszcze nie raz usiąść w trakcie zimy przy herbacie i porozmawiać o przyziemnych sprawach. Chciałbym... Ale przecież za me grzechy i pychę nie osiągnę nic takiego. Nie pójdę do "zimnej płaszczyzny boskiej". Nie wiem czemu to Wam piszę i tym samym zmuszam Was do czytania tych nic nie znaczących wypocin, jednak mam taką potrzebę. Zastanawiam się.. Pomoże mi ktoś rozwikłać ten od dawna męczący mnie dylemat? Jest Bóg czy też Go nie ma? 

Proszę Cię bardzo pojaw się i daj mi znak, że mogę jeszcze w coś wierzyć!

piątek, 19 listopada 2010

Czy możesz krwawić dla mnie?

Moje łóżko, noc 19 listopad 2010 r

Drogi Bracie.
Na samym początku pragnę Cię przeprosić, jak to w standardowej formie listu bywa, za to, że tak długo nie pisałem. Pewnie masz do mnie o to żal, jednak wiedz, że cały czas o Tobie pamiętałem. Muszę Ci wiele opowiedzieć, ale pozwól, iż zacznę od początku.
Dobrze pamiętasz, jak kilka lat rozmawialiśmy o naszych rozwijających się karierach. Ty byłeś muzykiem idealnym, perfekcyjnie tworzącym swój własny, indywidualny styl. Moja osoba zaś pałała się dziennikarstwem i siedzeniem przy mikrofonie w radio. Pamiętasz te dobre czasy. Pierwsza praca a już sukces, pierwsza piosenka/audycja i tysiące słuchaczy. Aż chciało się żyć, co nie? Poznałem wtedy dziewczynę. Piękna była to kobieta o wyrazistych kształtach i jeszcze piękniejszym wnętrzu. Nie pociągały mnie jej loki, nic nadzwyczajnego nie było w jej urodzie a jednak nazywałem ją najpiękniejszą. To wszystko sprawiły jej oczy, w których ujrzałem pierwiastek swojej duszy. Zamęczałem się nocami przez lat kilka jak do niej podejść.. W końcu odnalazłem sposób i odważyłem się zrobić pierwszy krok. Nie bałem się w sumie aż tak bardzo jej odpowiedzi, bo wiem, że do najatrakcyjniejszych nie należę, a chciałbym cholera. Najbardziej w Jej osobie pociągał mnie charakter. Po kilku spotkaniach byliśmy ze sobą naprawdę blisko. Szybkie spojrzenia rzucane sobie z iskrą nadziei w źrenicach, delikatne, "przypadkowe" dotknięcia rąk. Dobrze wiesz, jaką to ma magię. Czasami zdarzało mi się musnąć nawet Jej usta. Nie chodziło mi jednak o fizyczność, choć chemia niewątpliwie między nami tworzyła nowe reakcje. Wyjechałem na wieś. Tam chciałem stworzyć swoje ognisko domowe, w którym będzie Nam jak w niebie. Starałem się i orałem jak wół. Zarobione pieniądze ledwo mi wystarczały na wszystko. Po roku skończyłem budowę małej parterówki z wielkim poddaszem, na którym chciałem mieć swoje studio. Jednak coś odebrało mi iskrę rozpędzającą mój silnik w piersiach. Właśnie w roku 2007 moje serce zaczęło krwawić dla Niej. Nie było to nic szczególnego, bo jak się kocha to oddaje się wszystko. 
Minął rok naszego związku i mieszkania w moim, a wtedy naszym domku. Życie było jak sielanka. Śniadania, obiady i kolacje razem. Upojne noce we dwoje. Czego chcieć więcej? Dogadywaliśmy się świetnie. Jednak po roku coś zgasło. Nie była dla mnie już tak otwarta jak w pewne wakacje. Nie chciała mówić mi wszystkiego i ukrywała przede mną prawdę. Wytłumaczysz mi to? Wiem, że teraz zapewne jesteś w trasie koncertowej, ale potrzebuję wsparcia, gdyż straciłem prawie wszystkie krople krwi w moim organizmie. Najbardziej boli mnie to, że zapewniała, że Jej serce także krwawi dla mnie. Dasz wiarę lub nie, zostawiła mnie dla innego. Powód? Musiałem wyjechać na 10 miesięcy w sprawie służbowej. No tak, za długo mnie nie było? Ciekawe co by powiedziała, gdyby to było 5 lat.. Nie wiem, jak spojrzeć w przeszłość, aby nie rozdrapać strupów, które wciąż nie zeszły z ran mojego serca. 
Niestety jest jeszcze coś o czym musisz wiedzieć. Jak tylko będziesz mógł to odwiedź mnie. Jestem dla Ciebie otwarty 24 godziny na dobę. Nigdy nie wiesz kiedy mnie z tego świata zabiorą.
Napisz mi, co u Ciebie Najdroższy Bracie. Ale proszę o jedno... Zrób to szczegółowo, abym był pewny, że u Ciebie wszystko dobrze. Czekam na odpowiedź oraz to, że mnie odwiedzisz.

Twój brat,
Art.

czwartek, 4 listopada 2010

.

- Mam na imię Soth i jestem 16 latkiem. Najbardziej w życiu wzrusza mnie.. w sumie nic mnie nie porusza. Czuję się oziębłym realistą, który nie potrafi odnaleźć nadziei dla tego świata. Co wieczór klękam i udaję, że się modlę, że szukam boga. Ale czy kiedykolwiek odezwał się do mnie? Nie. Najsmutniejsze dla mnie jest to, iż nie wiem jak żyć. Codziennie chodzę tymi samymi drogami, codziennie myślę o tym samym. Doskonale wiem, że błądzenie w labiryncie swoich szarych komórek jest bezsensowne. Jednak mam nadzieję, taką głęboką, że już niedługo odnajdę koniec swojej drogi. Niesamowitym byłoby odkryć pozostałem 90% możliwości swojego umysłu. Rzekomo jest bóg, ale wszystko zawdzięczamy przecież naszej wiedzy. Wyjaśni mi to ktoś!? Wiem, że bluźnię i nie będę zdziwiony, jeśli zostanę przeklętym wśród świętych tego świata. I co mi z tego? Nic. Chciałbym zwalić winę na kogoś za niepowodzenia ludzkości i umartwianie się tego świata, ale nie mam na kogo. Jeżeli królestwo tego jedynego, o którym tak pięknie prawi kler, jest tak idealne, to czemu nie mieszkamy tam wszyscy? Zostawiam was z tymi słowami, przemyślcie to. Jak już mówiłem mam na imię Soth, lat 16 i jestem realistą.
- Moje imię to Laura. Jestem w klasie maturalnej. Wierzę w Jednego Boga i jestem marzycielką. Nie mogę się zgodzić z poglądami mojego przedmówcy. Przecież wszystko , co mamy zawdzięczamy Panu. To On nas stworzył i dał rozum. Jak kolega może tak szydzić i bluźnić? Pokazałabym tu poglądy liberalne, jednak brak mi słów na taką postawę.
    Wszystko kończy się na ponownym wystąpieniu Sotha i opuszczeniu sali przez Laurę. Morał? Realizm... i tak dalej.



przepraszam za słaby styl, jednak moja choroba rzuca się także na moje myślenie.

środa, 20 października 2010

Odejdę

New York, dn. 20.10.2010 roku

Moja Droga,
    miło znów móc złapać za pióro i kawałek pergaminu tylko po to, aby do Ciebie napisać. Po latach przebywania w pokoju bez klamek uspokoiłem swój temperament.
    Muszę Ci przekazać kilka informacji, o których nie wiesz nic ze względu na moją nieobecność. Wydarzyło się wiele w tym krótkim okresie 3 lat. Przeszedłem stany załamania nerwowego oraz chwile radości i ekstazy. Najbardziej zaś brak było mi Ciebie. Często miałem ochotę zerwać jakoś kajdany w postaci kaftana i iść do Ciebie. Nie raz pragnąłem rozbiec się i podobnie do Kuby rozbić głowę o grzejnik na korytarzu. Niestety nie było to możliwe.
    Za swój największy w życiu błąd uważam wstąpienie do armii i walkę na froncie. Wydarzenia z Iraku rozstroiły strasznie moje styki mózgowe. Co noc robiłem pod siebie, gdy obóz nasz był moździerzowany.  Wiem doskonale, że raniłem Twe serce tysiącami noży na sekundę. Nie byłem, nie jestem i nie będę dobrym człowiekiem.
    Chciałbym Ci powiedzieć jeszcze tylko, że dokładnie dzisiaj o godzinie 22:30 na Twoje konto wpłynie pewna suma pieniężna. Zatem żegnaj....
Art

P.S Mamo nie szukaj mnie... Raczej nigdy już się nie spotkamy. Zawsze byłaś jedyną kobietą w moim sercu. Park to takie piękne i przyjazne miejsce, tyle tam mocnych gałęzi... Żegnaj...

sobota, 16 października 2010

List.

Olsztyn, dnia 16.10.2010 r 

    Całkiem niedawno tak... całkiem niedawno tak pisałem do ciebie list. Nie wiem czy go otrzymałeś. W sumie to nawet chciałbym abyś mi odpisał. Przecież to nie pierwszy list, który do ciebie wysyłam. Może więc zacznę jeszcze raz.
    Zatem mam na imię Artur, lat... to przecież nie jest istotne. Brałem dragi, piję i palę nadal. Wiem, że mało cię obchodzi to, co piszę, ale mógłbyś zareagować na moje wezwanie. Idiotyczny to początek, dobrze o tym wiem, ale wszystkie listy takie są. Równie dobrze mógłbym napisać "Cześć jestem Art, gram na basie i nie jestem dobrym człowiekiem". Ale po co to, skoro wszystko wiesz? Przejdę zatem do meritum. 
    Piszę do ciebie, abyś dodał mi odrobinę mocniejszej woli, siły aby to wszystko rzucić. Powiesz mi, że wszystko zależy od człowieka? A może też czasami powinieneś zaingerować w moje życie? Nie obwiniam cię za moje nałogi, gdyż sam sobie jestem winny. Kolejny raz staram się zostawić wszystko za sobą, ale dręczą mnie wspomnienia z 24 grudnia 2004 roku. I gdzież tu, do kurwy nędzy, jest sprawiedliwość!? Zabrałeś mi dziadka, dwa lata przed nim przyjaciela. Nadal mam cię za to wielbić!? A może po prostu spieprzyłeś sprawę? Stworzyłeś wszystko i zostawiłeś nas na pastwę sobie samym. Coraz częściej odnoszę takie wrażenie. A może teraz bluźnię? To powiedz mi gdzie jest ten wielki pan, pełen mocy i chwały? Mam cię kompletnie dość...
    Równie dobrze mógłbyś się ukazać i udowodnić tym samym swoje istnienie. Ale zapewne nie chce ci się. Leniwy się zrobiłeś strasznie. Dochodzę do wniosku, że masz nas (ludzi stworzonych na swój obraz) po prostu gdzieś głęboko w rzyci. Jestem ordynarny? Spójrz na siebie.

Art..

P.S Ten list i tak zapewne wyląduje w szufladzie, gdyż wiem, że ciebie już nie ma. Bez boga nie ma szatana? Myślę, że jest, bo ostatnio same złe rzeczy się dzieją. Bujam z chłopakami na dwór.. Kiedyś może coś jeszcze dostaniesz.

niedziela, 10 października 2010

Wszystko układało mu się całkowicie po jego myśli. Chciał to, co mógł i zawsze zdobywał. Najpierw lądy, wyżyny i góry oraz morza. Później zapragnął jej. Całe życie szukał tak idealnej kandydatki na swoją partnerkę aż znalazł. Na imię miała... A czy to ważne? Ważne, że była. Każda sekunda jego jak dotąd marnego życia, przy niej wydawała się godziną. Każdy pocałunek był jak wieczność, a moment, w którym się przytulała chwilą bezkresnego szczęścia. Ono istnieje tylko wtedy, gdy Ty je odwzajemniasz. Dla Ciebie i dla mnie to jedno, więc bądź!