sobota, 29 stycznia 2011
Rozmowa przy barze.
T: Nie kończ, mam tak samo.
J: Ale przecież nie wiesz do czego zmierzam.
T: Aż za dobrze.
J: Masz na imię..
T: A czy to ważne?
J: Czasami chciałbym wiedzieć z kim rozmawiam.
T: To nawet nie rozmowa, dla mnie czymś więcej te spotkanie jest.
J: Chcesz mi coś powiedzieć?
T: Na to chyba za wcześnie.
J: Zrobisz jak zechcesz, zmusić Cię nie mogę.
T: Nie dałbyś rady, zbyt zamknięty ze mnie człowiek.
J: Skromna czy nieśmiała?
T: Sam to musisz odkryć.
Koniec tego taki, że rozstali się w milczeniu. Spotkają się ponownie czy już nigdzie nie wyjdą? On ją pokochał, ona załamała, bo nie jedno męskie serce już złamała.
To taka mała przerwa od klimatu więziennego. Na pewno dokończę tamtą historię, ale na razie przez sesję nie mam nastroju ani czasu na pisanie czegoś dłuższego.
sobota, 25 grudnia 2010
Smutek więzi me myśli
- Jest mi tak zimno, cholernie zimno. - powiedziała Sara.
Nie wiedziałem kompletnie jak rozgrzać jej poharatane i tak mocno ciało, pozostawione na pastwę losu w śnieżnej zaspie. Wydawało mi się jakby każda sekunda trwała godzinę, a minuta dobę. Co robić? Te pytanie zadawałem sobie non stop. Sara była mi bliską osobą i tak właśnie dlatego zadzwoniła do mnie a nie na policję. Jedyne co wiem to tyle, że została zgwałcona, a następnie brutalnie pobita i dwa razy dźgnięta nożem. Minbourg Street to niebezpieczny zaułek, jednak przyjaciółka ma chciała sobie skrócić drogę do domu. Ach! Gdybym tylko mógł dorwać tych drani, co jej to zrobili.
Zmasakrowane ciało Sary doprowadzało mnie do wymiocin, jednak nie chciałem wyrzucać z siebie resztek niestrawionego jeszcze pokarmu, aby pokazać jej, że nie jest aż tak źle. Twarz miała w posoce, która spływała z rozciętych ust i łuku brwiowego. Ciosy nożem zadano w brzuch i udo. Pewnie dlatego, aby uniemożliwić jej poruszanie się. Była piękną kobietą, tego nie można jej odebrać, jednak w tym stanie wyglądała prawie jak zombie.
Moje nerwy były na granicy wytrzymałości, a łzy kapały w półmroku na zimną kostkę brukową tworząc lodową poświatę. Pogoda nie dopisywała. Na dworze było minus dwadzieścia dwa stopnie i wiedziałem, że jeśli szybko nie zareaguję to Sara umrze. Zerwałem poły koszuli, którą miałem na sobie i obwiązałem jej rany, aby zatamować krew. Dzięki Bogu jestem po kursie pierwszej pomocy. Następnie okryłem ją moją kurtką i wyjąłem telefon. Nie miałem wiele czasu, moja bateria była na granicy wytrzymałości. Zadzwoniłem po policję i pogotowie. Nie dostałem jasnych odpowiedzi. Karetka zjawiła się dwa razy szybciej od radiowozu. Ech.. policja to skurwysyny w naszym kraju. Wzięto ją na nosze i zawieziono na ostry dyżur do pobliskiego szpitala wojewódzkiego. Policja od razu stwierdziła, że jestem podejrzanym. Funkcjonariusze prawa wpakowali mnie do suki z zakutymi rękoma.
- Jak mógłbym być jej gwałcicielem i zabójcą skoro starałem się zatamować jej krew i oddałem własną kurtkę a następnie wezwałem pogotowie i was!? - wrzeszczałem w radiowozie.
- Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciw pańskiej osobie. - usłyszałem od policjanta.
Czas nagle przyśpieszył i wszystko wydawało się migać przed moimi oczyma. Kiedy trafiłem do celi, zostałem ostro spałowany, po czym z szyderczym uśmiechem na twarzy powiedzieli do mnie:
- Poczekaj aż trafisz do celi gitów, tam dopiero zaznasz rozkoszy.
Nie wiedziałem, czemu mnie podejrzewają. Po dwóch dniach przyszedł do mnie prawnik i powiedział, że zarzutem wobec mnie jest gwałt i brutalne pobicie kobiety, która zapewne podobała mi się wiele, wiele lat. Chciałem zaprzeczyć, ale w tym samym momencie przypomniały mi się słowa policjanta: "Wszystko, co pan powie, może być użyte przeciw pańskiej osobie.".
- To wszystko jest chore! - krzyczał wewnątrz mnie jakiś głos.
Kompletnie nie wiedziałem co robić. W domu mama z siostrą zapewne zamartwiały się, gdzież to jestem. Poprosiłem klawisza o to, aby pozwolił mi zadzwonić do nich. Rozmowa z zapłakaną rodzicielką nie przychodziła mi łatwo. Najważniejszym dla mnie był jednak fakt, iż wierzyła w to, co mówię.
Najgorsze jednak było dopiero przede mną...
niedziela, 26 września 2010
Yesterday.
wtorek, 2 marca 2010
Widziałem.
"Chyba tak. Chyba na pewno tak." - odpowiedziała jak zwykle z resztą znudzonym głosem Maria. Nic specjalnego nie działo się tego wieczoru. Zabawa była przednia, siedzieliśmy bowiem na prywatce u mojego najlepszego kumpla Tadka. Niedawno oświadczył się swojej dziewczynie i z tej oto wspaniałej okazji urządził swoje przyjęcie. Stół zastawiony smakołykami, bimber (bo na wódkę stać nas nie było) oraz papierosy. Kto chciał rzecz jasna ten dostał "coś na ciepło", ale takich osób nie zauważyłem. Było chyba po 3, jak wyszliśmy, aby zawinąć się do domu. Droga jak zwykle łatwą nie była. Wszędzie węszli Ubecy, a w bramach stało po kilka zakapturzonych mord. Przedzieranie się przez tereny mokotowskie nie należy do moich ulubionych zadań. Następnego dnia rano, nie wiedząc jak udało dojść mi się do mieszkania, wstałem z moim kochanym przyjacielem - kacem. Suszyło mnie w ustach i paliło w gardle, a woda nie dawała efektu jaki powinna. Dzień jak codzień. Śniadanie, robota, obiad, robota, kolacja, spanie. Nie ma człowiek czasu dla siebie. Czasami tylko wpadnie Maria aby zapewnić mi jakiekolwiek towarzystwo. Między Bogiem a prawdą kolegów nie posiadam, zbyt wybredny jestem, a ta kobieta jest chyba jedyną, która potrafi jakoś do mnie dotrzeć. Trzeba bowiem wspomnieć, że nastały czasy ciężkie, gdzie człowiek zabija drugiego za kromkę chleba i łyk wódki, czasy, w których człowiek jest gotów zrobić wszystko, aby poprawić swój status materialny. Czasami myślę sobie, że czasy okupowanej Polski były lepsze niż to co widzę teraz. Postanowiłem zmienić świat i dlatego też udałem się na posterunek policji, gdzie pracował niegdyś mój tato. Pamiętam, jak wracał do domu, odkładał na stół kaburę, a gumową pałkę kładł zawsze koło łóżka. Wstyd się przyznać, ale sam kilka razy zarobiłem za kradzież jabłka z sadu sąsiada, albo jakieś inne, "dziecinne" wykroczenie. Nie miałem łatwego dzieciństwa i wiedziałem, czym jest ból. Na komisariacie przedstawiłem pieprzonym milicjantom co słyszałem i widziałem na ulicach, a oni mnie tylko wyśmiali. Znów znalazłem się w domu. Tym razem obudziłem się z opuchniętą twarzą. I nagle pewien przebłysk światła w pamięci. Może ja to wszystko już widziałem? Może ja to już przeżyłem a teraz głowa mi się pierze? Może sobie wyimaginowałem kogoś i teraz nie jestem w stanie się go pozbyć? Wiem jedno, wszystkiego doświadczałem. Ale nagle znów przyszła Maria i tym razem zabrała mnie chyba do siebie...
poniedziałek, 1 marca 2010
Spokojnie.
Podążałem do miejsca azylu ujednoliconego przez potoki ludzkich słów i zbudowanego na jakże silnych!, ludzkich uczuciach. Podążałem do miejsca, które mógłbym nazwać "oazą spokoju" tudzież "moim prywantym pokojem na krańcu świata". Ale czy przypadkiem nie jestem w posiadaniu takiego właśnie "pokoju"? Przecież może nim być dla mnie Twój pokój, a może serce Twoje albo i Twoje oczą nadawać się mogą. Uwielbiam, gdy tonę w ich bezkresnej, wypełnionej po brzegi błękitem toni. A może takim sanktuarium jest mój pokój, w którym odczuwam silne emocje przywiązania do tego miejsca. Pokój, w którym uciekam przed kłócącymi się rodzicami, siostrą, która męczy o byle co albo może przed strachem. Łatwo czy też nie, odnajdę kiedyś go.
Podążałem do miejsca, w którym wszystko jest chaotyczne. Do miejsca zbudowanego na jakże kłamliwych!, ludzkich słowach. Podążałem do miejsca, które mógłbym nazwać "miejscem rozdarcia" tudzież "moim prywatnym sądem skazującym mnie na karę dożywocia". Ale czy przypadkiem nie jestem w posiadaniu takiego właśnie "sądu"? Przecież może nim być dla mnie Twój pokój, a może serce Twoje albo i Twoje oczą nadawać się mogą. Nienawidzę, gdy osądza mnie ta błękitna toń Twojej tęczówki. A może takim miejscem jest mój pokój, w którym odczuwam silne emocje przywiązania do tego miejsca. Pokój, w którym dopuszczam się grzechów. Pokój, w którym pragnę zaznać jedynie przyjemności, a nie trosk życia codziennego. Łatwo czy też nie, odnajdę kiedyś go.
Po latach poszukiwań wiem, że rozterka ma nie tyczy się miejsca, stanu ducha, lecz jej epicentrum leży u stóp jednej osoby. Jej siła rażenia oblega mnie całego od dawien dawna i przestać nie może. Silne konwulsje targają moim sercem, choć i tak wiem, że nic mu nie zrobię. Po latach poszukiwań wiem, że ta rozterka, te dwa światy należą do Ciebie. Jesteś przebiegła, sterujesz nimi, aby były takimi, jakimi chcę je widzieć w danej sytuacji. Jesteś przebiegła, bo opętałaś serce chłopaka, którego oduczono kochać, którego zdehumanizowano. Jesteś..
niedziela, 28 lutego 2010
Bilet
Dostałem bilet do lepszego jutra, do świata bez wyniszczających się nacji oraz posiadającego zdrową politykę. "Nic specjalnego" pomyślałem sobie, lecz gdy katastrofa zaczęła dosięgać i mnie żałowałem, iż nie przyjąłem zaproszenia. Mój statek do świata lepszego odleciał kilka godzin temu, mnie na nim zabrakło. Szukam azylu na codziennym poszyciu gruntu złożonym z miękkiego puchu Twoich słów. Pozostaje mi pisać, szukać i pracować. Pozostaje mi martwić się, radować, dbać. Ale o co? Nie ma nic lepszego ponad człowieka pracującego. Może więc dbać o pracę? Albo o ludzi pracujących? A jeśli tu znów wkroczy komuna? A jeśli znów pojawi się anarchia i dobrowolne mordy? A jeśli to wszystko stanie się przeze mnie? Ludzie zapewne spytają "Gdzie jego sumienie?", ale moje skromna osoba nic sobie z tego nie zrobi i pójdzie dalej siać zniszczenie. Nie rozumiem życia i jego aspektów moralnych. Nie umiem poznać człowieka i ocenić go w sposób naturalny. Zawsze patrząc z wyższością wyrzekam się człowieczeństwa swego, wieszczem zostać chcę.